| sobota, 31 grudnia 2011 09:27 |
|
pozwolę sobie przypomnieć sylwetkę tegoż człowieka-żołnierza-kapłana-konspiratora i budowniczego, typowego przedstawiciela pokolenia, które jeszcze urodziło się pod zaborami, a w dorosłe życie wchodziło razem z odradzającą się Rzeczypospolitą. Zacznijmy jednak od początku. Edward Bieliński urodził się 13 września 1901 r. w Rolach k. Łukowa. Był jednym z trojga dzieci Teofila i Marianny z Gałeckich. We własnoręcznie sporządzonym życiorysie o swym dzieciństwie pisał:„[rodzice] to mówili mi, iż nie byłem im zbyt dokuczliwy w pielęgnowaniu i nie mieli ze mną żadnych trudności ”. Początkowo rodzice sami kształcili syna, a że nauka szła mu dobrze, postanowili posłać Go do szkoły. Na przeszkodzie stanął jednak brak funduszy. Zdecydowali się więc sprzedać swoją posiadłość w Rolach i przenieść się do miasta Łukowa. Działo się to ok. 1908 r. Dzięki temu, Edward był kształcony prywatnie, a potem poszedł do trzeciej klasy Szkoły Realnej im. T. Kościuszki w Łukowie. Naukę przerwał 1918 r., wtedy to 17-letni Edward członek POW, rozbrajał Niemców w nocy z 11 na 12 listopada. Potem na ochotnika wstąpił do WP, otrzymał przydział do piechoty, ale na front nie trafił. Dopiero po przeniesieniu się do jazdy (13 Pułk Ułanów Wileńskich), brał udział bezpośrednio w walce z bolszewikami. O służbie w wojsku wspominał: „ było mi źle i dobrze, byłem na koniu i pod koniem, w ogóle widziałem i użyłem dość biedy”. 28 maja 1921 r. został zdemobilizowany i od razu wrócił do nauki, nadrabiając zaległości, by ostatecznie zdać egzamin z zakresu programu sześciu klas szkoły średniej realnej przed Komisją Egzaminacyjną dla eksternów. 3 lipca 1922 r. otrzymał świadectwo Państwowego Gimnazjum im. Hetmana Żółkiewskiego w Siedlcach. Po ukończeniu szkoły, idąc za swym wewnętrznym głosem złożył podanie o przyjęcie do seminarium. Został skierowany do Dubna, gdzie mieściło się seminarium w obrządku wschodnim. W trakcie nauki zachorował. Zmusiło go to do jej przerwania. Po podleczeniu powrócił do seminarium, ale już w Janowie, które ukończył w 1928 r. Po wyświęceniu trafił jako wikariusz do parafii: Górzno, Garwolin, Kosów i Witulin, gdzie był administratorem. 12 sierpnia 1931 r. trafił do parafii Stężyca, gdzie został vice proboszczem, wspomagał wówczas w pracy duszpasterskiej chorego proboszcza ks. Dominika Kucia. Po jego śmierci w 1935 r. został mianowany proboszczem instytuowanym parafii Stężyca, z którą to parafią związany był do ostatnich dni życia. W okresie międzywojennym włączał się aktywnie w prace na rzecz społeczności. Za jego staraniem wybudowano dom parafialny (obecny wikariat), założono elektryczność. Przez cały okres dbał o kościół i parafię. Nauczał religii w miejscowej Szkole Powszechnej. W latach 1935 -37 był Prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej. W 1939 r. został kapelanem pomocniczym 11 Dywizjonu Artylerii Przeciwlotniczej, który stacjonował w Stężycy. Jeszcze dzisiaj starsi mieszkańcy pamiętają maszerujących ze śpiewem żołnierzy na mszę niedzielną. Z tego okresu zachowała się fotografia z ostatniego przed wojną Bożego Ciała, gdzie widać maszerujących żołnierzy stężyckiej jednostki. 1 września 1939 r. wybucha wojna. Szczęśliwie nalot dnia 2 września nie wyrządza szkód kościołowi poklasztornemu. Również ostrzał artyleryjski zza Wisły, szczęśliwie nie niszczy fary stężyckiej. Wkrótce do Stężycy wkraczają Niemcy, zajmują opuszczone koszary, nastaje okupacja. Ks. Edward Bieliński staje się konspiratorem, przyjmuje ps. „Bylina” i staje się kapelanem ZWZ-AK. W 1940 r. zostaje aresztowany przez Niemców i osadzony na Zamku w Lublinie. Aresztowanie ma związek z nieoddawaniem kontyngentu przez mieszkańców. Przed wywózką do Auschwitz pisze: „podobno uratowała nas dziedziczka z Żyrzyna, u której kwaterował wysokiej rangi oficer niemiecki”. Po powrocie do parafii proboszcz postanawia, przygotować sobie kryjówkę na farze, by więcej w „niemieckie łapy” nie w paść. W 1942 r. Niemcy nakazują oddanie dzwonów, dzięki zapobiegliwości ks. Edwarda Bielińskiego i zaufanych parafian: Stanisława Bochutyna, Władysława Dąbka, Ignacego Domańskiego, Tadeusza Michalczyka, Stanisława Mikuska i Ignacego Wojdata największy dzwon św. Marcin zostaje w noc poprzedzającą wywiezienie zakopany, a na jego miejsce podłożony mały dzwon z sygnaturki. W lecie 1944 r. front zatrzymuje się na Wiśle. Do Stężycy wkracza Armia Czerwona. W tym czasie proboszcz postanawia zasypać piachem kryptę pod jedną z kaplicą i tam ukryć część wyposażenia ruchomego kościoła, jak kielichy mszalne czy monstrancje. Przychodzi dzień, w którym jeden z krasnoarmiejców postanawia z sygnaturki kościoła farnego obserwować lornetką drugi brzeg Wisły. Niemcy zauważywszy to, otwierają ogień artyleryjski. Jeden z pocisków trafia w dach, z którego unosi się smuga dymu. Niektórzy z mieszkańców przybiegają by ratować kościół, Niemcy zauważają kręcących się ludzi, ponawiają ostrzał, który dokańcza dzieło zniszczenia. Kościół wypala się do cna, pozostają smutnie sterczące mury. Odtąd proboszcz odprawia msze w kościele poklasztornym, i tu w sąsiedniej plebanii zamieszkuje. Z tego okresu pochodzi opowieść jednego z mieszkańców Stężycy, który w stodole, (która stała niedaleko od plebanii na palcu przy ul. Franciszkańskiej), wraz z innymi cepem młócił zboże. Otóż zauważył on, że w kierunku stodoły szedł ks. Bieliński, wkrótce na tej ulicy pojawił się jadący konno oficer sowiecki. Podjechał do księdza, i zaczęli rozmawiać, po chwili zobaczył, jak ten zsiada z konia i przekazuje uzdę proboszczowi. Proboszcz z kolei wsiada nań i zaczyna jechać. W pewnym momencie ku zaskoczeniu obserwatora, ksiądz zaczyna wykonywać figury z zakresu woltyżerki ułańskiej m.in. tzw. nożyce. Wszyscy z zaciekawieniem obserwowali sprawność proboszcza, a i Rosjanin był zaskoczony umiejętnościami „swiaszczennika”. Kiedyś rozmawiając z ks. Bielińskim wspomniałem mu o tym wydarzeniu, uśmiechnął się i powiedział, a to nie był Rosjanin tylko Żyd, służący w Armii Czerwonej. Otóż, jak mi dalej wspominał nie było to jedyne z nim spotkanie. „.Wracałem na plebanię, i kiedy do niej się zbliżałem zobaczyłem, wyskakujących przez okna czerwonoarmistów, po kradzieży”, Wkrótce zjawił się wspomniany Żyd, zgłosiłem mu skargę, nie chodziło mi wtedy o skradzione pieniądze, ale o przedmioty do posługi duszpasterskiej. Obiecał, że to co do posługi jest potrzebne to on jutro przyniesie. Nie bardzo ufałem w jego zapewnienia. Jednak dnia następnego stawił się tak jak powiedział i przyniósł wspomniane rzeczy”. Front przeszedł wkrótce, bo w 1945 r. zakończyła się wojna.
Nastała nowa władza, która z każdym rokiem rosła w siłę, nie bez pomocy sojusznika ze Wschodu. Nastał trudny okres dla Kościoła i wiernych. W tych ciężkich czasach, konserwator województwa warszawskiego, postanawia odbudować farę stężycką, jako unikalny zabytek. Nie obyło się to bez zabiegów ks. Bielińskiego. Odbudowę nadzorował inż. Brunon Zborowski. Ofiarnie, a często z narażeniem własnego zdrowia, wsparli odbudowę parafianie. W 1952 r. prace ukończono, i kościół powtórnie mógł zapełnić się wiernymi. W tym też czasie ksiądz Biliński wspomina w jednym z pism: „za obecnej rzeczywistości byłem kuszony do współpracy , szantażowany i maltretowany, a w 1955 r. skazany na usuniecie z parafii, ale nie uległem, wiary nie zdradziłem …”. Ten cytat jasno ukazuje postawę ks. Edwarda Bielińskiego. Dopiero rok 1956 „uwolnił mnie od wszelkich napaści i szantażów” Zresztą w późniejszym okresie, pozwalał sobie ks. Bieliński na takie oto przywitania zapamiętane przez jednego z parafian: „Witam wszystkich gości przybyłych na tę mszę, jak również parafian oraz tych co przyszli tu służbowo”. W 1971 r. do parafii przychodzi ks. Antoni Woroszyło, który przez następne 8 lat jako wikariusz wspomaga ks. Bielińskiego w pracy duszpasterskiej. Ostatecznie ks. Bieliński w 1984 r. przeszedł na emeryturę wraz z prawem zamieszkania w plebanii przyklasztornej. Tu, też zmarł 5 lipca 1991 r. Żegnały go tłumy ludzi. Nad trumną na cm. parafialnym pożegnała go orkiestra wojskowa a salwę oddała kompania honorowa WP. Spoczął na miejscowym cmentarzu, obok swoich rodziców Teofila (zm. 1959 r.) i Marii (zm. 1946 r.). Ks. Bieliński odznaczony był Krzyżem Armii Krajowej oraz Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami, nadanym przez Rząd RP na Uchodźstwie.
Zdaję sobie sprawę, że tym wspomnieniem, tylko w niewielkiej części przybliżyłem postać księdza prałata Edwarda Bielińskiego. Sąsiada, który często wspominał minione lata.
![]() Jarosław Frąckiewicz
|
| Wróć... |
































































Mijający rok rocznicowo związany jest z postacią ks. Edwarda Bielińskiego. W tym roku bowiem przypada 110 rocznica Jego urodzin, 80 rocznica przybycia do parafii w Stężycy i 20 rocznica śmierci tego kapłana. Stąd też




















